W jaki sposób można czerpać radość z życia w sytuacji gnicia? Tak, czuję że życie gnije, umiera, śmierdzi... Czy zawsze tak czułam? Oczywiście... Nie. Wielu z ludzi zgodzi się ze mną, wielu też temu zaprzeczy, że rodzina jest jako tako najważniejszym ogniwem w naszym życiu. To ona kształtuje nas i nasz światopogląd. Nieważne, co kto powie, sytuacja w naszym domu rodzinnym ma tak ogromny wpływ na całe nasze życie aż po jego kres i nikt i nic tego nie zmieni. Można jedynie spróbować zrozumieć, ale o tym później. Czy tego chcemy czy nie, czasami może nawet nie zdajemy sobie sprawy, dlaczego reagujemy na dane rzeczy w taki czy inny sposób. Gdy w naszym domu było i jest źle, gdzie słowo "źle" jest bardzo płytkim i ogólnikowym słowem i każdy interpretuje je na inny sposób. Jednemu słowo "źle" będzie oznaczało to, że nie dostawał na urodziny albo pod choinkę najnowszych wynalazeczków techniki, a źli rodzice kazali się uczyć i zabraniali robić rzeczy zakazane, które w szczeniackim wieku trzeba było koniecznie zaliczyć, a dla innych słowo "źle" oznacza codzienne wojny domowe, niekończące się krzyki i kłótnie, alkoholizm, patologie, przemoc, brak swojego kąta gdzie można się w niego wcisnąć, odwrócić się dupą do całego świata i starać się odpłynąć w świat tak bardzo nierealny, a tak wielce pożądany, w którym brak tego całego syfu. Tutaj słowo "źle" zastąpić raczy słowo "przejebane", które również nie oddaje ogromu sytuacji. Nazywajmy rzeczy po imieniu, skoro mamy już w języku potocznym tak wielkie złoża przekleństw i nie nazywajmy człowieka niewychowanym, który zręcznie włada mieczami ostrych słów, nie róbmy z siebie cnotliwych pizd. Nie wyobrażam sobie jak przemoc i patologie w domu można nazwać, chociażby, o zgrozo, ułomnością wychowania, członków rodziny niezdolnymi stworzyć godne warunki życia rodzinie. Tak, więc, jak dziecko, często już dorosłe dziecko, które zostało wychowane na kacu swoich rodziców, ma stworzyć choć w minimalny sposób, pozornie normalne życie? Tak naprawdę nigdy już nie będzie ono normalne. Nigdy. Dziecko ucieka, ucieka jak najdalej, czasem w "przyjemności" swoich rodzicieli, często tworzy swój świat, izoluje się, albo wręcz odwrotnie, brnie do ludzi zatracając siebie samego. Podobne jest to do pisklęcia z podciętymi skrzydłami, które piszczy, skacze, chce się wyrwać, próbuje wzlecieć i za każdym razem z coraz to mocniejszym hukiem i bólem spada na dno i rozbija się o pozostałości własnej świadomości, własnych marzeń zmieszanych wraz z wymiocinami podstaw pozostawionymi w ich głowach przez osoby im najbliższe. Czy ma ono skakać dalej, narażając się na coraz to boleśniejsze rany? Czy może ma zaprzestać i się poddać? Nie robić zupełnie nic, zatracić się w nicości? Skrzydeł mu na pewno nie przybędzie. Same mu nie odrosną. Ale może spróbować je sam zrobić. Nowe, piękne, duże skrzydła, które poniosą go w górę do świata idealnego. Ale czyżby? Próbuje, godzinami ślęczy nad swoimi skrzydełkami, lepiąc je i marząc o czymś, do czego zawsze tęsknił, a nigdy tego nie miał. (I tu wręcz nasuwa się nam swego rodzaju oksymoron, bo jak można tęsknić za czymś, czego nigdy się nie miało? Można.) Jest świat tak barwny wokół nas, spotykamy tysiące ludzi, którzy przebiegają przez nasze życie jak burzowy wiatr, uczą nas i zwracają uwagę na przeróżne aspekty życia. Dziecko, dorosłe dziecko, ptaszek cieszy się, ma wzloty i upadki, życie jakoś się toczy, jest pięknie, czasem nawet aż nierealnie, wraca do swojego gniazda by spowrotem zatracić wszystkie swoje nazbierane za dnia miłe wspomnienia. Upada. Ostoja, najbezpieczniejsze miejsce na ziemi to jeden wielki chlew. Wielkie gnojowisko resztek nienazywalnych już nawet rzeczy. Ma marzenia. Marzy, zamyka oczy, przenosi się w przyszłość kosztując błogiego nieba, czym dla innych jest zwykłe, przeciętne życie. Aż nagle, z marzeń sennych budzi go krzyk. I wisk. I kurwa, i chuj, i płacz. To czasem policja. Broni swego gniazda i gniazdowników jak lew. Broni matkę przed ojcem. Broni ojca przed matką. To wykrzykuje, że nienawidzi ich wszystkich, po czym dochodzi do wniosku, że jednak najbardziej to nienawidzi siebie samego. Żałuje, ma wyrzuty że nakrzyczał na matkę, na ojca, wyzwał od najgorszych. Chce w końcu uciec z trującego go środowiska. Myśli, dużo myśli... Gdyby nadarzyła się sposobność, by już teraz wzlecieć, ktoś, ktokolwiek podałby mu pomocną dłoń, ktokolwiek by zauważył, czego ludzie nie chcą widzieć, czy by wzleciał? Nie... Nie może. Ma poczucie, że musi bronić gniazda. Gnaizdowników przed nimi samymi i samym sobą. A kto jego w końcu obroni? I tak miota się latami, to coraz wzbija się na wyżyny, z których widzi wiele różnych możliwości, kosztuje innego życia, po czy znów wraca do swojego gnoju, szamba, po czym pije je i pije, topi się we własnym gównie. Jak może stworzyć własne szczęśliwe życie, jeżeli nie wie, co to znaczy szczęśliwe życie? Nikt mu nie pokazał. Taaaak, owszem... Człowiek ma rozum i nikogo nie może obwiniać o swoje niepowodzenia. Owszem, ta teza ma rację bytu, ale nie w kurwa takich sytuacjach. Czasami po prostu człowiek może i nie chce, też czasem nie potrafi, nie wie też jak. Odrywa się z gniazda, leci, jest szczęśliwy, bo udało mu się dziubnąć odrobinę szczęścia, złapać je gdzieś po drodze, wraca, a tam to samo co od daty, w której się narodził. Wcześniejszych wydarzeń wyobraźcie sobie, że w jakiś magiczny sposób nie pamięta. I widzi i słyszy, i płacze... Szczęście ulatuje. Dławi się, zjada się samo przez się, jak wąż połykający własny ogon. Dziecko nie chce żyć. Jeżeli tak ma wyglądać reszta jego życia, to woli by było jak najkrótsze. Ale po nocy nastaje dzień, po burzy wychodzi słońce, znów promyki nadziei muskają jego policzki, wysuszając jego łzy. Przypomina sobie, że miało marzenia. Obserwuje innych ludzi, próbuje żyć jak oni. W jakimś stopniu to się mu udaje. Znów to samo. Czy na prawdę ktoś musi zginąć, by było lepiej? Czy on? Czy jego gniazdowicze? Gdy nie widzi sposobów na rozwiązanie problemów, nikt mu nie pomaga, a najczęściej jeszcze dorzuca się mu kłód pod nogi, dolewa oliwy do ognia. Powtarza sobie jak mantrę, będę żył, będę żył i będę szczęśliwy, choćbym kurwa sobie miał to szczęście narysować. Przyrzeka sobie wieczną walkę, aż do końca, ale do końca czego niby? Życia? Jego życia? Ciągła walka to bezsens...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz